Stefan Wyszyński. Kardynał prezbiter, Prymas Polski, Prymas Tysiąclecia[/caption]
Zarówno ksiądz Prymas jak i ksiądz Skorodecki podczas ich więzienia m.in. uczyli się wzajemnie języków obcych. Oboje znali język niemiecki i włoski. Prymas słabo znał język angielski natomiast ks. Stanisław słabo znał język francuski. Oboje znali język rosyjski. Siostra zakonna Leonia Graczyk pracująca w kuchni, która gotowała im strawę nie była chętna do tejże nauki. Wolała ona w wolnym czasie rozmawiać z pilnującymi ich ludźmi z Urzędu Bezpieczeństwa.
Strona tytułowa książki wykonanej techniką fotooffsetowa na podstawie wydania „EditionsduDialogue” Paryż 1982[/caption]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Kiedy z trudem przedzierałem się przez ogólniak, zupełnie mi nie znana wtedy Stasia z Technikum Chemicznego imienia Edwarda Suchardy (profesora Politechniki Wrocławskiej) pojechała z koleżankami na obóz harcerski. Tam trafiła na szkoleniowca w stopniu harcmistrza, o którym mówiono, że jest nauczycielem w liceum. Moim liceum! Stasia należała do grupy młodszej i uniknęła wymagającego szkoleniowca. Gorzej miała jej koleżanka (potem profesor chemii), której grupę harcmistrz włóczył po łąkach i lasach trenując do upadłego. Ale za to, jak to zapamiętała Stasia, harcmistrz pięknie śpiewał. Tymczasem naszej klasie z językiem nie szło. Co roku zmieniał się nauczyciel łaciny, aż w końcu trafiliśmy na… harcmistrza. Właśnie na niego! Łacinnik zamieszkał w bursie dla chłopców. Musiałem być w trzeciej klasie LO, czyli wtedy dziesiątej, a był to przełom lat 1963/1964. Odwiedziłem kiedyś ten internat na zaproszenie mojego kolegi Marka. Łączyła nas duża więź wzajemnego zrozumienia i Marek nie mógł mi wybaczyć, że wybieram się na Politechnikę. „Jak to!” – mówił wzburzony. „Przecież ty jesteś humanistą!”. Tak czy siak, oprowadził mnie po internacie, gdzie jakoś tak uchyliły się drzwi do jednego z pokoi i zobaczyłem naszego łacinnika. Uśmiechnął się miło i zaprosił mnie do środka. A pokój był piękny. Ściany w półkach po sufit pełne książek. Zapamiętałem komplet tomów dzieł Słowackiego. Byłem zachwycony i zdopingowany. Moja klasa dzięki mnie wygrała współzawodnictwo w najbardziej oczytanej w LO. Zatkało nas, kiedy na jakiejś przerwie nasz łacinnik pokazał nam swoje zdjęcie… w sutannie (!). Prawdę powiedziawszy, nie byliśmy w stanie skonsumować tej informacji. Dalej zachwycaliśmy się jego lekcjami. A były wspaniałe. Pięknie opowiadał, a poprzez język łaciński przybliżał nam kulturę starożytnego Rzymu. Czasami stroił sobie z nas żarty. Akurat ja padłem ofiarą jego dowcipu. Jestem pewien, że specjalnie to zaaranżował. W klasie łacinnik po kolei odpytywał z ławki odmiany zwrotu „ten ojciec”. W pierwszym przypadku brzmi to niewinnie: „Hic pater”. Kiedy łacinnik doszedł do mnie, przypadł mi akurat dopełniacz liczby pojedynczej, czyli „Kogo? Czego?”. „Tego ojca”, oczywiście. Na ustach zawisła mi prawidłowa odmiana słowa „tego”, co w języku łacińskim brzmi tak sobie. Powtarzałem ciągle to łacińskie „tego” szukając rozwiązania dla „ojca”. Dla zyskania na czasie zacząłem powtarzać „tego„ po łacinie dodając słowo ”ojca” po polsku. Zbitka tych dwóch słów wypadła fatalnie! Łacinnik nawet okiem nie mrugnął, tylko przeszedł dalej do następnego przypadku. Przypadku w sensie łacińskiej fleksji, oczywiście. Co zabawniejsze, klasa w ogóle się nie zorientowała. Tak głęboko wsiąkaliśmy w język. I to był JX Stanisław Skorodecki, mój łacinnik, który wcześniej był internowany razem z księdzem Prymasem w Komańczy.
Kiedy z trudem przedzierałem się przez ogólniak, zupełnie mi nie znana wtedy Stasia z Technikum Chemicznego imienia Edwarda Suchardy (profesora Politechniki Wrocławskiej) pojechała z koleżankami na obóz harcerski. Tam trafiła na szkoleniowca w stopniu harcmistrza, o którym mówiono, że jest nauczycielem w liceum. Moim liceum! Stasia należała do grupy młodszej i uniknęła wymagającego szkoleniowca. Gorzej miała jej koleżanka (potem profesor chemii), której grupę harcmistrz włóczył po łąkach i lasach trenując do upadłego. Ale za to, jak to zapamiętała Stasia, harcmistrz pięknie śpiewał. Tymczasem naszej klasie z językiem nie szło. Co roku zmieniał się nauczyciel łaciny, aż w końcu trafiliśmy na… harcmistrza. Właśnie na niego! Łacinnik zamieszkał w bursie dla chłopców. Musiałem być w trzeciej klasie LO, czyli wtedy dziesiątej, a był to przełom lat 1963/1964. Odwiedziłem kiedyś ten internat na zaproszenie mojego kolegi Marka. Łączyła nas duża więź wzajemnego zrozumienia i Marek nie mógł mi wybaczyć, że wybieram się na Politechnikę. „Jak to!” – mówił wzburzony. „Przecież ty jesteś humanistą!”. Tak czy siak, oprowadził mnie po internacie, gdzie jakoś tak uchyliły się drzwi do jednego z pokoi i zobaczyłem naszego łacinnika. Uśmiechnął się miło i zaprosił mnie do środka. A pokój był piękny. Ściany w półkach po sufit pełne książek. Zapamiętałem komplet tomów dzieł Słowackiego. Byłem zachwycony i zdopingowany. Moja klasa dzięki mnie wygrała współzawodnictwo w najbardziej oczytanej w LO. Zatkało nas, kiedy na jakiejś przerwie nasz łacinnik pokazał nam swoje zdjęcie… w sutannie (!). Prawdę powiedziawszy, nie byliśmy w stanie skonsumować tej informacji. Dalej zachwycaliśmy się jego lekcjami. A były wspaniałe. Pięknie opowiadał, a poprzez język łaciński przybliżał nam kulturę starożytnego Rzymu. Czasami stroił sobie z nas żarty. Akurat ja padłem ofiarą jego dowcipu. Jestem pewien, że specjalnie to zaaranżował. W klasie łacinnik po kolei odpytywał z ławki odmiany zwrotu „ten ojciec”. W pierwszym przypadku brzmi to niewinnie: „Hic pater”. Kiedy łacinnik doszedł do mnie, przypadł mi akurat dopełniacz liczby pojedynczej, czyli „Kogo? Czego?”. „Tego ojca”, oczywiście. Na ustach zawisła mi prawidłowa odmiana słowa „tego”, co w języku łacińskim brzmi tak sobie. Powtarzałem ciągle to łacińskie „tego” szukając rozwiązania dla „ojca”. Dla zyskania na czasie zacząłem powtarzać „tego„ po łacinie dodając słowo ”ojca” po polsku. Zbitka tych dwóch słów wypadła fatalnie! Łacinnik nawet okiem nie mrugnął, tylko przeszedł dalej do następnego przypadku. Przypadku w sensie łacińskiej fleksji, oczywiście. Co zabawniejsze, klasa w ogóle się nie zorientowała. Tak głęboko wsiąkaliśmy w język. I to był JX Stanisław Skorodecki, mój łacinnik, który wcześniej był internowany razem z księdzem Prymasem w Komańczy.