Reklama

Moje spotkanie z ks. Skorodeckim naocznym świadkiem więziennego życia Ks. Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Józef Błachut wspomina...

[caption id="attachment_58671" align="aligncenter" width="225"] Stefan Wyszyński. Kardynał prezbiter, Prymas Polski, Prymas Tysiąclecia[/caption]

Moje spotkanie z ks. Stanisławem Skorodeckim naocznym świadkiem więziennego życia Ks. Prymasa Stefana Wyszyńskiego w latach 50. ub. wieku.

Z księdzem Stanisławem Skorodeckim spotkałem się w Łabuniach koło Zamościa w dniu 12 sierpnia 1983 roku. Miał wtedy 64 lata. Wieczór z nim spędzony, w gronie małżeństw katolickich z diecezji tarnowskiej zapamiętam na długo. Przekazał on namswoje wspomnienia z lat 50. ub. wieku, z okresu, kiedy Kościół w Polsce był prześladowany przez ówczesne, komunistyczne władze PRL.



…Kapłan ten został aresztowany w dniu 11 stycznia 1951 roku o godzinie 19.30 na ulicy w Ropczycach, gdy wracał do swego domu z kolędy duszpasterskiej. W trakcie rewizji przeprowadzonej u niego w domu odnaleziono kilka dolarów otrzymanych od wiernych podczas kolędy duszpasterskiej (jako intencje mszalne) a przechowywane przez niego pod figurką Matki Bożej w jego pokoju. Aresztowano go wówczas na 6 miesięcy.

Akt oskarżenia brzmiał: „za prace z młodzieżą”. Po 6 miesięcznym śledztwie, na podstawie dekretu o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy państwa polskiego, pod zarzutem czynnego przeciwstawiania się władzy ludowej i przygotowywania zbrojnej grupy oporu dla obalenia ustroju. Ostatecznie został skazany na 10 lat więzienia. Wyrok odbywał w Rawiczu.

W dniu 11 października 1953 roku został skierowany do Stoczka Klasztornego (Warmińskiego). Umieszczono go w opuszczonych budynkach klasztornych. Były one całą dobę dozorowane przez funkcjonariuszy UB. Na drugi dzień oznajmiono mu, że: ”przywieziony tu będzie Wasz Prymas”. Ks. Skorodecki ma pełnić funkcję jego kapelana. Po przyjeździe Prymasa Stefana Wyszyńskiego zostaje mu on przedstawiony. Z wypowiedzi ks. Skorodeckiego wynikało, że Prymas znał jego sprawy za które został aresztowany. Ks. Stanisław nie zdawał sobie sprawy gdzie przebywają. Wówczas Prymas powiedział mu, znamienne słowa: „Nic się nie martw różaniec nas stąd wyprowadzi”. W grudniu z pobliskiego kościoła usłyszeli słowa śpiewanej tam kolędy „ … coś się narodził tej nocy, by nas wyrwać z czarta mocy …” Były to słowa pełne nadziei.

Zarówno ksiądz Prymas jak i ksiądz Skorodecki podczas ich więzienia m.in. uczyli się wzajemnie języków obcych. Oboje znali język niemiecki i włoski. Prymas słabo znał język angielski natomiast ks. Stanisław słabo znał język francuski. Oboje znali język rosyjski. Siostra zakonna Leonia Graczyk pracująca w kuchni, która gotowała im strawę nie była chętna do tejże nauki. Wolała ona w wolnym czasie rozmawiać z pilnującymi ich ludźmi z Urzędu Bezpieczeństwa.


Za każdym razem, kiedy byli transportowani w inne miejsce odosobnienia przewoził ich ten sam samochód i ten sam kierowca a trasa przejazdu obstawiona była przez służby bezpieczeństwa.

W pomieszczeniach gdzie mieszkali zawsze były pozakładane podsłuchy. Tak samo w miejscach gdzie spacerowali w ściśle wyznaczonych im rewirach ogrodu.Doskonale zdawali sobie z tego sprawę stąd w sprawach poufnych porozumiewali się pisząc wzajemnie do siebie kartki, które następnie palili w piecu. Nie mieli możliwości korzystania z prasy. Od informacji co się dzieje w Polsce byli całkowicie odizolowani. Pilnujący ich ludzie z Urzędu Bezpieczeństwa pozwalali im przeglądać jedynie broszury rolnicze w trakcie oczekiwania w kolejce przy wizytach u dentysty oraz te broszury, które dostarczali im pracownicy Urzędu Bezpieczeństwa podczas okresowych inspekcji miejsc ich zamieszkiwania. Za każdym razem gdy opuszczali zamieszkiwane pokoje, były one przeszukiwane przez strażników. Potwierdzeniem tych czynności były karteczki leżące na podłodze, które uwięzieni przed opuszczeniem swych pokoi umieszczali na górnych krawędziach drzwi szaf na odzież.

Do dnia śmierci Prymasa ksiądz Skorodecki nie wiedział o pisanych przez Wyszyńskiego notatkach z ich pobytu w odosobnieniu. Pierwszy raz przeczytał je po ich oficjalnym opublikowaniu w „Zapiskach więziennych” co nastąpiło po śmierci Prymasa Wyszyńskiego.

- Józef Stanisław Błachut

[caption id="attachment_58674" align="alignnone" width="218"] Strona tytułowa książki wykonanej techniką fotooffsetowa na podstawie wydania „EditionsduDialogue” Paryż 1982[/caption]



 

Kardynał Stefan Wyszyński zmarł 28 maju 1981 roku. Na trzy miesiące przed śmiercią wyraził życzenie by czytelnikowi „Zapisków więziennych” przekazać dwie informacje: po pierwsze – będąc uwięzionym nie pisał książki, robił tylko notatki dla siebie; po wtóre – czytając tekst po latach mógłby dodać wiele uwag i wyjaśnień. Nie uczynił jednak tego chcąc zachować autentyczność i prostotę więziennego zapisu.

Ps. Kardynał Stefan Wyszyński przebywał kolejno w czterech miejscach internowania: w Rywałdzie, w Stoczku Klasztornym, w Prudniku Śląskim i w Komańczy. W wyniku wypadków październikowych 1956 roku Prymas wraca do Warszawy na prośbę przedstawicieli rządu i 26 października – po uprzednim przyrzeczeniu ze strony władz państwowych przywrócenia Kościołowi głównych praw i naprawienia krzywd – obejmuje wszystkie swoje funkcje w polskim Kościelne.

Ks. Stanisław Skorodecki po wyjściu na wolność został prefektem szkół średnich w Tarnowie. Był konsultantem filmu ”Prymas” o uwięzieniu kardynała Wyszyńskiego. Zmarł tragicznie w wodach Bałtyku 31 lipca 2002 roku.

 

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Edward - niezalogowany 2024-10-13 15:51:28

    Kiedy z trudem przedzierałem się przez ogólniak, zupełnie mi nie znana wtedy Stasia z Technikum Chemicznego imienia Edwarda Suchardy (profesora Politechniki Wrocławskiej) pojechała z koleżankami na obóz harcerski. Tam trafiła na szkoleniowca w stopniu harcmistrza, o którym mówiono, że jest nauczycielem w liceum. Moim liceum! Stasia należała do grupy młodszej i uniknęła wymagającego szkoleniowca. Gorzej miała jej koleżanka (potem profesor chemii), której grupę harcmistrz włóczył po łąkach i lasach trenując do upadłego. Ale za to, jak to zapamiętała Stasia, harcmistrz pięknie śpiewał. Tymczasem naszej klasie z językiem nie szło. Co roku zmieniał się nauczyciel łaciny, aż w końcu trafiliśmy na… harcmistrza. Właśnie na niego! Łacinnik zamieszkał w bursie dla chłopców. Musiałem być w trzeciej klasie LO, czyli wtedy dziesiątej, a był to przełom lat 1963/1964. Odwiedziłem kiedyś ten internat na zaproszenie mojego kolegi Marka. Łączyła nas duża więź wzajemnego zrozumienia i Marek nie mógł mi wybaczyć, że wybieram się na Politechnikę. „Jak to!” – mówił wzburzony. „Przecież ty jesteś humanistą!”. Tak czy siak, oprowadził mnie po internacie, gdzie jakoś tak uchyliły się drzwi do jednego z pokoi i zobaczyłem naszego łacinnika. Uśmiechnął się miło i zaprosił mnie do środka. A pokój był piękny. Ściany w półkach po sufit pełne książek. Zapamiętałem komplet tomów dzieł Słowackiego. Byłem zachwycony i zdopingowany. Moja klasa dzięki mnie wygrała współzawodnictwo w najbardziej oczytanej w LO. Zatkało nas, kiedy na jakiejś przerwie nasz łacinnik pokazał nam swoje zdjęcie… w sutannie (!). Prawdę powiedziawszy, nie byliśmy w stanie skonsumować tej informacji. Dalej zachwycaliśmy się jego lekcjami. A były wspaniałe. Pięknie opowiadał, a poprzez język łaciński przybliżał nam kulturę starożytnego Rzymu. Czasami stroił sobie z nas żarty. Akurat ja padłem ofiarą jego dowcipu. Jestem pewien, że specjalnie to zaaranżował. W klasie łacinnik po kolei odpytywał z ławki odmiany zwrotu „ten ojciec”. W pierwszym przypadku brzmi to niewinnie: „Hic pater”. Kiedy łacinnik doszedł do mnie, przypadł mi akurat dopełniacz liczby pojedynczej, czyli „Kogo? Czego?”. „Tego ojca”, oczywiście. Na ustach zawisła mi prawidłowa odmiana słowa „tego”, co w języku łacińskim brzmi tak sobie. Powtarzałem ciągle to łacińskie „tego” szukając rozwiązania dla „ojca”. Dla zyskania na czasie zacząłem powtarzać „tego„ po łacinie dodając słowo ”ojca” po polsku. Zbitka tych dwóch słów wypadła fatalnie! Łacinnik nawet okiem nie mrugnął, tylko przeszedł dalej do następnego przypadku. Przypadku w sensie łacińskiej fleksji, oczywiście. Co zabawniejsze, klasa w ogóle się nie zorientowała. Tak głęboko wsiąkaliśmy w język. I to był JX Stanisław Skorodecki, mój łacinnik, który wcześniej był internowany razem z księdzem Prymasem w Komańczy.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo myslenice-itv.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości