Dzień dobry, hejka kochani:)
Przychodzę dziś do Was z wyjątkowym tematem, a właściwie - z wyjątkową osobą. Zapraszam Was na rozmowę z Pauliną Dembińską, wolontariuszką misyjną, mieszkanką Zakliczyna w gminie Siepraw i kobietą, która z odwagą oraz ogromnym sercem niesie pomoc tam, gdzie jest ona najbardziej potrzebna. Paulina na co dzień angażuje się w różne działania misyjne, a jednym z projektów szczególnie bliskich jej sercu jest „Adopcja Miłości”.
Jak sama mówi:
„Idą święta, więc to idealny czas, by przypomnieć o naszej akcji... Adopcja Miłości to projekt, którego podstawowym celem jest zapewnienie edukacji ubogim dzieciom i młodzieży z różnych części świata. Dla dzieci i młodzieży to szkolny mundurek, ciepły posiłek i lepsza przyszłość! Dla Ciebie to szansa, aby Miłość i troskę o innych wyrazić w konkretnym działaniu. To piękna inicjatywa, która nas łączy dzięki wspólnej modlitwie i Twojej pomocy. Wybierasz jeden z dziesięciu krajów misyjnych i wspierasz większą grupę uczniów z konkretnej szkoły/centrum młodzieżowego w tym kraju. Sam określasz ile i jak często wpłacasz .”
To tylko przedsmak, a jej historia to opowieść o pasji, służbie i gotowości do przekraczania granic - zarówno tych geograficznych, jak i własnych.
Miłej lektury;)
Mogłabyś powiedzieć na początek kilka słów o sobie?
Mam na imię Paulina, mam 26 lat. Ukończyłam studia pielęgniarskie. Od 2024 roku jestem wolontariuszką Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego „Młodzi Światu” w Krakowie. W lutym lecę na misję do Zambii.
Skąd u Ciebie pomysł na wolontariat misyjny?
Chyba zawsze miałam w sobie chęć pomagania. To taka potrzeba, która płynie z mojego serca. Pamiętam jeszcze ze szkoły podstawowej, że odwiedzali nas misjonarze z Afryki. Opowiadali o swoich doświadczeniach, uczyli nas afrykańskich piosenek… To bardzo utkwiło mi w pamięci.
Dlaczego właśnie Zambia? Sama ją wybrałaś?
Nie do końca. To wolontariat decyduje, do jakiego kraju pojedziemy, choć bierze pod uwagę nasze umiejętności, np. językowe. Ja trafiłam do Zambii - do placówki w Kazembe.
Na jak długo tam wylatujesz?
Zdecydowałam się na wyjazd półroczny. W SWM długość wyjazdu zależy od dyspozycyjności wolontariusza - niektórzy jadą na kilka miesięcy, inni nawet na rok.
Na czym dokładnie będzie polegała Twoja praca na misji?
Placówka w Kazembe to salezjańskie dzieło - znajduje się tam parafia, oratorium i szkoła stolarska. Ja będę przede wszystkim pomagać w oratorium: organizować dzieciom czas wolny, wspierać je w nauce i w codziennych obowiązkach.
Lecisz sama, czy w większej grupie?
Nie, nie sama. Wolontariat stara się wysyłać nas co najmniej po dwie osoby, żeby nikt nie czuł się samotny. Lecę z moją współwolontariuszką Marysią. Ona zostanie trzy miesiące, ja dłużej - pół roku.
Nie boisz się momentu, gdy twoja towarzyszka Cię opuści?
Nie, myślę, że przez te pierwsze miesiące zdążę się oswoić z miejscem i codziennością. Zresztą Marysia ma już doświadczenie - była dwa lata w Boliwii, więc dużo się od niej w międzyczasie nauczę.
Czego najbardziej oczekujesz od tego doświadczenia? Masz jakieś osobiste cele?
Nie mam wielkich oczekiwań, szczególnie względem warunków tam na miejscu. Chcę po prostu być tam obecna, pomagać tyle, ile potrafię. Mam nadzieję, że pogłębię swoją duchowość i nauczę się doceniać rzeczy, które tutaj w Polsce czasem umykają. A co wyniosę z tego doświadczenia - to pokaże czas.
Jaką rolę w tym wszystkim odgrywa dla Ciebie Bóg?
Myślę, że bez Boga nie podjęłabym decyzji o wyjeździe. To On daje mi siłę, żeby iść i pomagać. Gdyby nie wiara, nie robiłabym tego, co robię teraz.
Zatem, czy wiara towarzyszy Ci od zawsze?
Tak, od dziecka. W dużej mierze dzięki mojej mamie - to ona dawała nam przykład, że warto chodzić do kościoła, uczestniczyć w pierwszych piątkach miesiąca. Zabierała nas, zachęcała. Oczywiście jak każde dziecko czasem się buntowałam, ale generalnie lubiłam to.
Wiem, że wielu ludzi w wieku licealnym odchodzi od Kościoła, bo zmieniają się priorytety, ale ja starałam się tę wiarę pielęgnować.
Czy spotkałaś się kiedyś z niezrozumieniem ze strony otoczenia, jeśli chodzi o Twoją wiarę czy zaangażowanie w Kościół?
Nie, właściwie nie, a jak już to mnie to nigdy nie zdemotywowało. Ja to lubię - uczestniczyć w różnych obrzędach, w tym, co dzieje się w Kościele. Poza tym chodziłam na scholę, więc obracałam się w środowisku ludzi, którzy również chcieli być blisko Boga. Raczej miałam wokół siebie osoby, które mnie w tym wspierały.
Jak można Cię wesprzeć w przygotowaniach do misji?
Na pewno modlitwą - to dla mnie najważniejsze. Ale można też wesprzeć mój wyjazd materialnie. Mam założoną zbiórkę w internecie, jednak nie całość zebranych środków pójdzie na mój wyjazd - część będzie przeznaczona na wsparcie placówki, w której będę posługiwać. W kwietniu planujemy półkolonie dla dzieci, więc część pieniędzy trafi właśnie na organizację zajęć i drobne remonty.
Kto może zostać takim wolontariuszem jak Ty?
Myślę, że każdy. Każdy może przyjść i rozeznać się, czy to jego droga. Każdy z nas jest w jakiś sposób powołany do czynienia dobra - może niekoniecznie do wyjazdu, ale do działania tu, na miejscu.
Właśnie, czy jest sposób by wspierać misje, nie wyjeżdżając za granicę?
Wolontariusze SWM nie tylko wyjeżdżają - wielu działa tutaj - w Krakowie. Organizujemy niedziele misyjne, realizujemy projekty, zbieramy środki na placówki w Afryce, Ameryce Południowej i Azji. Pomagamy też w pracach biurowych, np. przy pakowaniu kawy misyjnej, którą później sprzedajemy podczas nadmienionych niedzieli misyjnych. Osoby znające języki pomagają nam w tłumaczeniach listów i raportów z misji. Dla każdego znajdzie się coś, co może robić.
Czy wcześniej angażowałaś się w jakieś inne działania wolontariackie?
W typowo wolontariackie nie. Ale pragnienie, aby wyjechać - zawsze we mnie było. Często mówiłam sobie: „kiedyś pojadę na misje”. Zawsze jak o tym słuchałam to dla mnie to było coś pięknego, wręcz inspirującego. Misjonarze byli moimi autorytetami - imponowało mi, jak opowiadali o swojej pracy i trudnościach, a jednocześnie z jakim spokojem i radością to robili.
Wyrwanie się ze swojej strefy komfortu to duży krok. Nie boisz się tego?
To prawda, w Polsce mamy wszystko - znajomych, kino, restauracje, wygody. Ale czasem warto z tego zrezygnować, aby poświęcić swój czas dla innych. Jasne, że mam swoje przyzwyczajenia, ale myślę, że warto spróbować czegoś nowego.
Jak zareagowała Twoja rodzina, kiedy dowiedziała się, że wyjeżdżasz?
Na początku byli przerażeni, zwłaszcza moja mama. Wielu znajomych lub ludzi z mojej okolicy też mówiło, że to niebezpieczne, że jadę „w nieznane”. Ale ja tego nigdy tak nie postrzegałam - wszystko oddaję Bogu i ufam, że się mną zaopiekuje. Ta decyzja dojrzewała we mnie przez rok, więc rodzina zdążyła się już przyzwyczaić do myśli, że wyjeżdżam.
Czy są rzeczy, których się obawiasz przed wyjazdem?
Tak, oczywiście. Najpierw bałam się samej podróży, bo leciałam samolotem tylko dwa razy w życiu. Ale kiedy dowiedziałam się, że moją współtowarzyszką będzie Marysia, która jest pilotką turystyczną, od razu poczułam spokój - uznałam, że to sam Bóg zabiera ode mnie stres stawiając ją na mojej drodze. Trochę obawiam się też chorób - przyjęłam wszystkie obowiązkowe szczepienia, ale np. na malarię nie ma szczepionki. Staram się jednak wszystko powierzać Bogu i wierze, że on weźmie mnie pod opiekę.
Czy znasz w Twoich okolicach inne osoby, które angażują się w misje?
Nie znam nikogo z moich stron, kto byłby na misjach. Ale w Krakowie, gdzie działa nasz wolontariat, poznałam wiele osób z doświadczeniem misyjnym. To bardzo inspirujące środowisko.
Jak można dołączyć do waszego wolontariatu?
Wystarczy przyjść na spotkanie - odbywają się co tydzień w poniedziałki przy ulicy Tynieckiej w Krakowie, jest tam też seminarium salezjańskie. Raz w miesiącu mamy też zjazdy ogólnopolskie - wtedy przyjeżdżają wolontariusze z całej Polski, są warsztaty i spotkania z osobami, które już wróciły z misji. Dzięki temu można się naprawdę dobrze przygotować do wyjazdu.
Jak teraz wyglądają Twoje przygotowania do misji?
Organizuję niedziele misyjne, na których zbieram środki na wyjazd i na wsparcie placówki. Jestem już po pierwszych szczepieniach, niedługo druga dawka. Chcę wyjechać w pełni zdrowia i sił.
Jednak wyjazd to nie tylko pakowanie walizki - próbujesz się jakoś mentalnie przygotować na tę zmianę?
Myślę, że tak, aczkolwiek człowiek nigdy nie przygotuje się w stu procentach. Można dużo słuchać i czytać, ale dopiero na miejscu zobaczy się, jak to naprawdę wygląda. Przez ten rok zdobyłam sporo wiedzy i myślę, że jestem gotowa - przynajmniej na tyle, na ile można być.
Co już wiesz o Zambii z opowieści innych wolontariuszy?
Wiem, że to miejsce, w którym można naprawdę rozwinąć duchowość. Codziennie jest Msza Święta, a w ciągu dnia pomaga się dzieciom, organizuje im czas, wykonuje różne prace w placówce - od nauki po remonty.
Czego tamtejsi ludzie najbardziej potrzebują?
Myślę, że przede wszystkim obecności. Czasem wystarczy uśmiech, przytulenie, rozmowa. Oczywiście potrzebują też edukacji - dzięki wsparciu wolontariuszy i darczyńców mogą się uczyć, zdobywać zawody i lepiej radzić sobie w życiu. Ale to właśnie ta codzienna obecność drugiego człowieka jest najcenniejsza.
A jak wygląda ich wiara?
Są bardzo otwarci i pełni radości. U nas często narzekamy, gdy Msza Święta trwa godzinę, a tam trwa trzy - z tańcem, śpiewem, ogromną energią. W niektórych wioskach Msza odbywa się tylko raz w roku i ludzie czekają na nią z utęsknieniem. Są wdzięczni Bogu za to, co mają, mimo trudności. Dla mnie to niesamowita inspiracja - oni potrafią cieszyć się z tak niewielkich rzeczy.
To zupełnie inna perspektywa niż nasza codzienność.
Tak. Widziałam filmiki z tamtejszych Mszy - ludzie wnoszą w procesji z darami to, co mają najcenniejsze: jajka, owoce, kurę. Dzielą się owocem swojej pracy z wdzięczności dla Boga. To bardzo poruszające. My mamy tak wiele, a często nie doceniamy tego. Myślę, że ich postawa wiele mnie nauczy.
Myślisz, że to nie będzie Twoja ostatnia misja?
Na razie nie planuję kolejnych - chce najpierw zobaczyć, co przyniesie ten wyjazd. Ale w sercu czuję, że to nie koniec. Mam wrażenie, że moje powołanie jest związane z taką służbą i wiem, że kiedyś na pewno wrócę, by znów pomagać innym
Dziękuję Ci Paulino, za Twoje świadectwo, odwagę i otwarte serce. Za to, że pokazujesz nam, jak wiele można zrobić, kiedy po prostu chce się kochać czynem.
A Wam kochani - dziękuję za uwagę i do kolejnego :*
XOXO
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze