Maciej Hołuj szerzej w tej chwili znany jest z prowadzenia gazety „Sedno”, rzetelnego i konkretnego pióra, oraz zamiłowania do sportów motorowych. Osobiście zdarzyło mi się poznać go podczas praktyk studenckich. Skąd wzięła się tak silna chęć do publikacji dotyczących rajdów miałem okazję dowiedzieć się jednak dopiero ostatnio, kiedy zobaczyłem go w klasycznej rajdówce. Po zakończeniu Valvoline postanowiłem zapytać co tam robił, oraz w jaki sposób profesjonalny rajdowiec został dziennikarzem.
Maciej Hołuj szerzej w tej chwili znany jest z prowadzenia gazety „Sedno”, rzetelnego i konkretnego pióra, oraz zamiłowania do sportów motorowych. Osobiście zdarzyło mi się poznać go podczas praktyk studenckich. Skąd wzięła się tak silna chęć do publikacji dotyczących rajdów miałem okazję dowiedzieć się jednak dopiero ostatnio, kiedy zobaczyłem go w klasycznej rajdówce. Po zakończeniu Valvoline postanowiłem zapytać co tam robił, oraz w jaki sposób profesjonalny rajdowiec został dziennikarzem.
Podczas ostatniej edycji Valvoline nie tylko rajdy wróciły do Myślenic. Zebrana w strefie kibica publiczność poza występującymi w stawce zawodnikami popisującymi się techniką podczas odcinków specjalnych mogła również podziwiać przejazdy zaproszonych VIP'ów, czyli okolicznych postaci poprzez swoją historię związanych z tym sportem. Jednym z nich był Maciej Hołuj, redaktor naczelny gazety „Sedno”, który jeszcze trzydzieści lat temu był profesjonalnym pilotem rajdowym. I to nie byle jakim....

M.F: Jak się czujesz po ostatnim starcie (Valvoline Rajd Małopolski)?
M.H: Bardzo fajnie. Pomysł zrodził się spontanicznie, kiedy dowiedziałem się, że Valvoline Rajd Małopolski odbędzie się także w naszym rodzinnym mieście. Kiedyś (z Piotrem Kufrejem) startowaliśmy w Rajdzie Krakowskim. Stwierdziliśmy, że fajnie będzie pokazać się w Myślenicach. Udało się spełnić ten plan. Przypomnieliśmy sobie swoje dawne lata. Pojawiły się pewne obawy (opis odcinka trasy, i to jak poradzimy sobie z OS-ami), ale udało się. Jedynie samochód był nieco inny od tego jaki nam się marzył.
A jaki się marzył?
Początkowo mieliśmy zamiar pojechać współczesną rajdówką. W grę wchodził Peugeout 208 R2, ale Piotr po testach nie czuł się w nim komfortowo. Zaczęliśmy szukać alternatywy, i znaleźliśmy poloneza na wzór tego jakim startował przed laty sam Marian Bublewicz ( legendarny polski kierowca rajdowy), a którego właścicielem jest Piotr Kiepura. Okazało się, że silnik nie daje gwarancji ukończenia rajdu. Na szczęście Piotr miał też inny samochód, więc pojechaliśmy Polskim Fiatem Monte Carlo 1,6 gr. A. Brakowało w nim odrobinę mocy.
Jak oceniasz występ swój, i twojego kierowcy?
Trzydzieści lat robi jednak swoje. Mniej więcej tyle nie siedzieliśmy w rajdówce, która startowałaby w zawodach. Przed startem bałem się, że fakt ten pozostawił w nas swój ślad. Piotr bardzo szybko się odnalazł, chociaż samochód dotarł do nas zaledwie 3 dni przed startem. Uważam, że biorąc pod uwagę oba czynniki poszło nam całkiem dobrze, chociaż tempo nie było takie, jakiego byśmy sobie życzyli.
Czy myślenicki etap rajdu był bardzo wymagający?
Jeżeli chodzi o myślenickie odcinki specjalne, ten miejski nie był wymagający, ale nie o to chodziło. Miał być widowiskowy dla kibiców. Za to Chełm jest trasą trudną nie tylko w mojej opinii. Znajduje się tam kilka „chytrych” miejsc. OS był chwalony przez innych kierowców i określany jako trudny, i ciekawy. Mam nadzieję, że w następnym roku zostanie wydłużony aż do Stróży.
Poza występem byłeś też zaangażowany w organizację tego rajdu?
Tak, pomagałem przy nawiązywaniu kontaktów i uczestniczyłem w pierwszych rozmowach pomiędzy władzami miasta, a organizatorami. Zależało mi na tym, żeby ten rajd pojawił się w Myślenicach (poza powiatem suskim i wadowickim). Kiedy zauważyłem, że może się to udać zrodził się pomysł udziału w nim. Pojawiły się wprawdzie drobne problemy logistyczne, ale zostały rozwiązane.
Jak pod kątem organizacji oceniasz tegoroczną edycję Valvoline Rajdu Małopolski?
Uważam, a nie jest to tylko moja opinia, że ten rajd był najlepiej zorganizowaną rundą dotychczasowych, tegorocznych Rajdowych Samochodowych Mistrzostw Polski. Mówię to nie tylko z pozycji osoby startującej, ale też jako wieloletni kibic i obserwator RSMP na przestrzeni ostatnich lat. Całość oceniam bardzo wysoko i to pod każdym względem. Cieszy mnie fakt, że pojawiła się ze strony organizatora deklaracja, według której rajd ma odbyć się w Myślenicach również za rok.
W trakcie swojej sportowej kariery Maciejowi Hołujowi kilkukrotnie udało się stanąć na ogólnopolskim podium razem z Piotrem Kufrejem, a w 1985 roku, zaledwie sześć lat od rozpoczęcia udokumentowanej kariery (portal www.ewrc-results.com) zdobyć tytuł najlepszego pilota w Rajdowych Mistrzostwach Polski.

M.H: Szczerze mówiąc byłem zaskoczony tym tytułem. Byłem wówczas jeszcze stosunkowo młodym stażem zawodnikiem wśród wielu doświadczonych pilotów. Podejrzewam, że tytuł wynikał z nie do końca zrozumiałej dla mnie punktacji. Ale stało się tak, jak się stało. Na pewno było to moje pierwsze największe osiągnięcie w rajdach.
Czy w twojej karierze pilota rajdowego znalazł się jakiś start, który szczególnie zapadł ci w pamięć?
Owszem. Jest kilka takich, każdy z różnych względów. Jeszcze za czasów Związku Radzieckiego jako załoga kadry narodowej jechaliśmy z Piotrem (Kufrejem) rajd rozgrywany na terenie dzisiejszej Estonii, dokładnie tam gdzie rozgrywana jest runda WRC (Rajdowe Mistrzostwa Świata). Na treningu wpadliśmy samochodem do przydomowego bajora. Zbyt szybko wjechaliśmy w ostry nawrót. Mogliśmy albo dachować, albo zjechać na łąkę na wprost. Wybraliśmy te drugą opcję. Okazało się jednak, że to nie łąka, tylko bajoro pokryte rzęsą wodną. „Klapnęliśmy” rajdówką w sam jego środek, auto poszło na dno. Nie bez problemów udało nam się je wyciągnąć na brzeg. Na szczęście był to samochód treningowy, więc mogliśmy w rajdzie wystartować.
Dlaczego zawodnicy decydują się na udział w rajdach, skoro są one niebezpieczne?
To kwestia emocji i adrenaliny. Jeśli wsiadasz do samochodu podczas rajdu, to wylewa ci się ona nosem i uszami. Właśnie o to chodzi. Po drugie, jest coś takiego jak życiowa pasja. Jeśli połkniesz bakcyl, i tkwi on w tobie, będzie tam pomimo grożącego ci niebezpieczeństwa. Poza tym podczas rajdów nawiązuje się też przyjaźnie z wszystkimi zawodnikami, z którymi rywalizujesz. Mieliśmy wielu bardzo fajnych kolegów, z którymi ścigaliśmy się podczas OS-ów, a w codziennym życiu piliśmy razem kawę i rozmawialiśmy. Zresztą te przyjaźnie trwają do dziś.
Jak na przestrzeni lat zmieniła się praca pilota rajdowego?
Kiedyś w biurze rajdu odbierałeś książkę drogową, która prowadziła po trasie rajdu. Jechaliśmy na miejsce rozgrywania zawodów i trenowaliśmy opisując odcinki specjalne, wkuwaliśmy je na blachę, wprowadzaliśmy poprawki do opisu. Dzisiaj załogi mają na to tylko dwa przejazdy zapoznawcze z szybkością na jaką pozwalają przepisy. Doświadczeni zawodnicy nie mają z tym problemu, pojawia się on jednak w przypadku zawodników debiutujących, nie mających jeszcze doświadczenia w sporządzaniu opisu OS-u.
Będąc pilotem rajdowym Maciej swój wolny czas zamieniał w materiał prasowy opracowywany „od środka”. Relacje z toru wyścigowego publikowane były w mediach ogólnopolskich. W tej części można zastanowić się w którą stronę było to łączenie przyjemnego z pożytecznym, oraz jak duże zainteresowanie branży dziennikarskiej wzbudzały publikacje tego typu opracowywane z samego serca akcji .
Kiedy w tym wszystkim zaczęły się pojawiać twoje pierwsze teksty?
Pierwszy napisany przeze mnie tekst powstał po jeździe treningowej z samym Marianem Bublewiczem. Podczas rajdu Elmotu udało mi się przejechać z nim odcinek specjalny. Opisałem wrażenia z tej jazdy i wysłałem do „Motoru”. Tekst został przyjęty, następnie wydrukowany. I tak zaczęła się moja „kariera” dziennikarza. W tamtych czasach byłem jedynym dziennikarzem, który pisał o rajdach jednocześnie startując w nich.
Jak inni patrzyli na dziennikarza „wewnątrz”?
Trudno mi powiedzieć. Myślę, że jednak pozytywnie. Dziennikarz, który pisze o rajdach, a nie uczestniczył w nich nie ma tej wiedzy jaką posiada dziennikarz startujący w rajdach. Miałem tą przyjemność, że znajdowałem się w samym „jądrze” akcji, siedziałem w rajdówce, która uczestniczyła w rajdzie. Widziałem rajd od środka, wiedziałem jak był zorganizowany, jak przebiegała walka. Miałem możliwość porównywania czasów, rozmawiałem z moimi kolegami podczas przerw serwisowych. Dawało mi to pewną przewagę nad innymi dziennikarzami sportowymi piszącymi o rajdach. Po zakończeniu kariery sportowej naturalną koleją rzeczy było to, że zająłem się dziennikarstwem rajdowym, ale już z perspektywy kibica. Byłem obecny nie tylko podczas rajdów w Polsce, ale również podczas kilkunastu rund mistrzostw świata. Pełniłem też przez rok rolę rzecznika prasowego Leszka Kuzaja, kiedy brał on udział w rajdach zaliczanych do MŚ.
Czy rywalizacja nie miała wpływu na odbiór artykułów w środowisku rajdowym?
Podobnie jak w każdym innym dziennikarstwie, także w sportowym trzeba być uczciwym. Starałem się takim właśnie być. Nie komentowałem postawy innych zawodników, tylko skupiałem się na suchych faktach, starałem się być obiektywny i myślę, że mi się to udało. Nie miałem nigdy żadnych problemów związanych z kontaktem z moimi kolegami rajdowcami. Z niektórymi do tej pory utrzymuję dobry kontakt.
Po przejściu na sportową emeryturę, i zajęciu się dziennikarstwem redaktor naczelny gazety „Sedno” kilkukrotnie zmieniał wydawcę próbując nowych rzeczy, ciągle pozostając jednak przy wyścigach, teraz również za sensacją. Jego droga zawodowa zaprowadziła go w końcu z powrotem do Myślenic, gdzie postanowił dalej spełniać się w swoim zawodzie, tym razem jednak lokalnie.

Jak wyglądała twoja kariera dziennikarska?
Na samym początku pracowałem jako etatowy dziennikarz w tygodniku „Motor". Potem uczestniczyłem jeszcze w wielu różnych projektach, między innymi pisałem dla Przeglądu Sportowego, dla miesięcznika „Motomagazyn”. Było to bardzo fajne, kolorowe czasopismo, które po czterech, albo pięciu latach zostało skreślone przez wydawcę. W końcu trafiłem na kilka dobrych lat do „Dziennika Polskiego”.
Jak na przestrzeni lat zmieniło się twoje życie po przejściu na sportową emeryturę?
Większość dziennikarzy motoryzacyjnych z moich czasów już nie pracuje. Nie znam w tej chwili nikogo, kto jeździłby w rajdach jednocześnie pisząc o nich. Moje dziennikarstwo, na pewno to sportowe, wzięło się z zainteresowania i pasji. Kiedyś były tylko rajdy potem z biegiem czasu zmienił się obszar mojego dziennikarskiego działania. Nie publikuję już w prasie ogólnopolskiej, skupiam się na naszych rodzimych zawodnikach. Kiedyś było ich więcej, teraz grupa ta nieco się skurczyła. Na placu boju pozostał Kuba Wróbel, od kilku lat jeden z najlepszych pilotów rajdowych w Polsce. Odkąd związany jestem z lokalnym miesięcznikiem „Sedno” uprawiam urozmaicone gatunki dziennikarstwa. M.in. jest to dziennikarstwo społeczne.
Czy zdobyte podczas profesjonalnej kariery kontakty przydały się później w pracy dziennikarza?
Oczywiście. Do „Sedna” przyniosłem całe swoje doświadczenie dziennikarskie zdobyte również podczas kariery rajdowej.
Dlaczego zdecydowałeś się na dziennikarstwo lokalne, skoro mogłeś działać na scenie ogólnopolskiej?
Sytuacja nie zależała tylko ode mnie. „Dziennik Polski”, w którym wtedy pracowałem postanowił otworzyć filię w Myślenicach, na wzór tych działających w innych miastach powiatowych. Poproszono mnie, aby przygotować podłoże logistyczne, na co się zgodziłem. Udało się powołać do życia filię „Dziennika Polskiego” w Myślenicach. Po kilku latach w „Dzienniku” zaszły zmiany. Później powstał pomysł otworzenia lokalnego czasopisma. Zwołałem grupkę ludzi chętnych do pracy. Zorganizowaliśmy pierwsze kolegium redakcyjne, podczas którego opracowaliśmy wspólnie image gazety i ruszyliśmy z jej wydawaniem.
Czy wymóg odnalezienia się w innej sferze dziennikarstwa wpłynął na twój rozwój, oraz kreatywność?
Na pewno. Każda zmiana, czy próba czegoś nowego sprawia, że poszerzasz horyzonty zwiększając swoje możliwości. Oczywiście, zebrałem kilka razy na "garba", ale jeśli robisz swoje mając do tego przekonanie, trzeba to robić.
Skąd wzięła się nazwa miesięcznika „Sedno”?
Początkowo miesięcznik miał nazywać się „Samo Sedno”. Chodziło o ustalenie profilu gazety, która obserwuje rzeczywistość, i obiektywnie przedstawia „sedno” sprawy. Podczas kolegium doszliśmy jednak do wniosku, że nazwa jest za długa, więc skróciliśmy ją do jednego wyrazu.
Lubisz na łamach "Sedna" wykorzystywać dość niecodzienne pomysły. Na przykład "zadymki", albo rysunki psów, które dla gazety wykonywały znane nierzadko osoby życia publicznego. Jak zrodził się ten pomysł i jak reagowali ludzie proszeni przez dziennikarza o narysowanie psa?
"Zadymki" nie były pomysłem oryginalnym, raczej powielonym z Internetu. Za to piesek był fajny. Narysowało nam go przez te dziesięć lat sporo ważnych i ciekawych osób. Jak wpadłem na pomysł? Dokładnie nie pamiętam. Chcieliśmy poświęcić w Sednie jedną stronę na lżejsze tematy. Na niej właśnie znajdowały się zadymki, potem pojawił się też pies. Rysujący go bardzo fajnie reagowali na propozycję wykonania rysunku, większość z nich tłumaczyła, że nie umie rysować, ale nikt z nich nie odmówił.
Jak duży wpływ na społeczeństwo może mieć dziennikarz?
Bardzo duży. Dziennikarz nie kreuje wprawdzie rzeczywistości, ale jest bardzo blisko niej. Jeśli ma swoje zdanie i potrafi trafić z nim do czytelników wówczas jest OK.
Czy planujecie razem z Piotrem Kufrejem udział w kolejnym rajdzie?
29 sierpnia w Polanicy-Zdroju będzie rozgrywany rajd legend (Rally Legend). Rozważamy z Piotrem udział w tych zawodach, ale ostateczna decyzja nie została jeszcze podjęta. Być może w przyszłym roku pojawimy się ponownie na starcie Valvoline Rajdu Małopolski.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze